Mijają dni i lata i wieki…

Twórczość na pisanie się troszkę u mnie wypaliła, znów mimochodem jakoś z Nienacka zajrzałam na bloga. Ciągle dosyć dużo wizyt za co naprawdę dziękuję, bo się miło robi, że czas który tu spędziłam na  coś się przydaje. Nie spodziewałam się także tak licznych komentarzy mimo, że głównie do tematu 500+ ale i tak się cieszę, szkoda tylko że czas popłynął tak szybko i nie byłam w stanie pomóc ludziom na tle bieżącym. Mimo wszystko odpowiedziałam na wszystkie komentarze, może innym się jeszcze przydadzą. Nie wiem kiedy tu zawitam jeszcze. Czasu mam ogromnie mało, poświęcam się pracy, domowi, i rodzinie przede wszystkim. Na pewno kiedyś wrócę. Uwielbiam pisać, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Od czasu do czasu może się coś pojawi tak jak właśnie dzisiaj.

Nowa Przygoda – masa solna…

Święta zbliżają się wielkim krokiem i pierwsze ozdoby trafiają na różne miejsca w domu. Zwykle słynęłam z robienia ozdób z satynowej wstążki. Jednakże w tym roku postanowiłam sobie z tym w zupełności dać spokój. W tym roku mam zamiar pobawić się z masą solną. W pracy koleżanka pokazała mi parę wzorów i nieźle mnie nakręciła. Chociaż chwilowo czasu mam mało, znalazłam już jedną małą chwilkę by sklecić na próbę coś. Pierwsze doznania z masą solną przebiegły rewelacyjnie. Wiadomo za pierwszym razem efekt pracy nie jest w prawdzie olśniewający, ale i tak jestem z siebie dumna. Kilka gwiazdek i oto ten aniołek pomalowany cieniami do powiek. Uważam jednak, że farbki akrylowe będą lepszym wyborem i następne będę malować już nimi. Drodzy czytelnicy, zachęcam do skręcenia masy solnej i zabawy. Pamiętajcie też, że masa solna jest czymś wyjątkowym. Ja np. mam w planach odciśnięcie stópki i rączki synka na pamiątkę 2 latek.

Przepis na masę solną:

  • - szklanka soli
  • - szklanka mąki
  • - pół szklanki wody

 

 

Karpacz – miejsce gdzie warto się wybrac…

Karpacz, jakże to piękne miejsce. Rezydencja pod Świerkami w Karpaczu na Okrzei jak najbardziej polecam. Czas trochę opowiedzieć co nieco :) Zaczynam od pierwszego dnia:

Dzień I: Przyjazd
Doba hotelowa zaczyna się od 16, jednakże nam się udało ugadać bez najmniejszego problemu na godzinę 14. Niestety biuro było w całkiem innym miejscu. Umowę najmu podpisuje się na ślepo, ale naprawdę nie ma czego się obawiać. Dostajemy klucz, pilot i kartę. Pilot od bramy wjazdowej i garażu podziemnego, chociaż ciasnego i na jeden lokal przysługuje jedno miejsce parkingowe; klucz od bramki, a karta do drzwi hotelowego apartamentu. Ok, zaparkowane, dozorca pokazał nam co i jak. Klatka schodowa niczym szpitalna. Błękitna i pachnąca chlorem, hmmm powiedzmy, że pachnąca, ale w końcu nie na korytarzu będziemy spać. Wchodzimy do pokoju, jak najbardziej obrazuje on zgodnością ze zdjęciami umieszczonymi na stronie internetowej. Tylko łóżko bez narzuty jak na zdjęciu ale reszta w porządku. Apartament Jagodowy, bo tak się zwał był w pełni wyposażony***. Pogoda dosyć ładna jeśli chodzi o zachmurzenie, za to wiało niemiłosiernie zimnym wiatrem. Góry pokryte chmurami. W pierwszy dzień spędziliśmy więc na spacerze po Karpaczu i zakupach.

Dzień II:
Tego dnia dzień zaczął się wspaniale. Zero wiatru i dosyć ciepło. Śniadanko, ogarnięcie się i ruszamy w drogę. Poszliśmy na zaporę wodną, następnie w kierunku do góry wzdłuż kamienistych/skalnych potoków. Piękne i urocze widoki. Niestety zaczął padać deszcz, ale nie zniechęciło to nas w ogóle i chodziliśmy dalej. Chociaż padało już do wieczora. I stało się powiedziałam TAK :) ten magiczny czas chciałam żeby trwał i trwał. Pytanie czy zostanę jego przyszłą żoną padło właśnie w Karpaczu. A ja tylko TAK TAK TAK. Ok xD wracajmy do zwiedzania hi hi. Następnie udaliśmy się na spacer ulicą Olimpijską, zwiedzając skocznie narciarską „Orlinek”, następnie Dziki Wodospad i mijając miejsce gdzie można sprawdzić, że samochód jedzie sam pod górę. Długi spacer zajął nam całe 2 godziny może ciut więcej. Następnie wróciliśmy do pokoju, ogrzaliśmy się i udaliśmy się do „Baru Wrzos” na obiadek. Muszę przyznać ceny standardowe, nie przesadne i bardzo smacznie. W 100% mogę polecić. Po obiedzie zwiedziliśmy jeszcze Kościół Wang i sprawdziliśmy samochodem miejsce gdzie samochód jedzie pod górę i łamie zasadę grawitacji. Pod wieczór udaliśmy się znów na Dolny Karpacz na spacer. Nie muszę wspominać, że każdy wieczór kończył się na świętowaniu w apartamencie.

Dzień III: Wyjazd
Doba hotelowa kończyła się o godzinie 10, no ale że my się ugadali znowu i wyjechaliśmy o 12, dzięki czemu zwiedziliśmy jeszcze Młyn Miłości, i boczne drogi Karpacza, gdzie można było uchwycić kilka fajnych zdjęć zachmurzonych gór. Wszystko się kiedyś kończy, szkoda, ale wiem jedno Kiedyś Tutaj Wrócę :) do takich miejsc zawsze warto. Muzea sobie odpuściliśmy tym razem, stwierdziliśmy, że jak Adaś będzie nieco starszy (4-5 lat to zabierzemy go ze sobą i razem pozwiedzamy, świat zabawek, lego i innych atrakcji przyjeżdżając do Karpacza na dłużej.

Niestety Adasia nie braliśmy ze sobą, oczywiście tęsknota była niewyobrażalna, ale daliśmy radę. To były pierwsze noce u dziadków Adasia bez rodziców :) Można powiedzieć, że pępowina została odcięta.

***wyposażenie apartamentu jagodowego: lodówka, zlew zmywarka chociaż nie wiem czy działała bo nie mogłam jej uruchomić, ale może się nie znam, gdyż nigdy nie obsługiwałam, zestaw: talerzy, kubków, szklanek, lampek do wina, sztućców, czajnik, płyta indukcyjna, suszarka na pranie, suszarka do włosów, żelazko, deska do prasowania, płyn do naczyń, kapsułki do zmywarki, dzbanek, ręczniki, odkurzacz. w szafie znaleźliśmy też koc i dodatkowe ręczniki i poduszki. tv z dużym wyborem kanałów i odtwarzacz CD, internet który działał tylko na telefonach i tabletach, z kompem nie dało się połączyć, ale daliśmy radę, w sumie internet potrzebny tylko do sprawdzania, co gdzie jak i Skype by synka zobaczyć :)

Kilka fotek z wyjazdu:

Wir pracy, i obowiązków, a może by tak uciec od tego wszystkiego?

Tak, marzy mi się wyjazd choćby na chwilę i tak właśnie zrobię. KARPACZ, jedziemy do Karpacza. Tylko ja i On. Dzidzia zostaje z jednymi dziadkami, a drugi dzień z drugimi dziadkami. To pierwsza nasza rozłąka z dzieckiem na taki czas. Pierwsze dwie noce bez nas. Cholernie dziwne uczucie, nie wiem jeszcze tydzień temu jakoś ta świadomość wydawała się normalna, bez emocji, ale im bliżej terminu wyjazdu tym bardziej doskwiera mnie tęsknota. Nie wiem jak wytrzymam te dwa dni i pół bez Adasia, mam nadzieję, że przecięcie pępowiny pójdzie w miarę sprawnie. Jedziemy w góry, normalnie powiedziawszy, ale nie do końca. Dlaczego? Otóż to nie wiem czy zaliczymy Śnieżkę w czasie tego wypadu, bo bardziej mam ochotę na jakieś solne groty, baseny, wodospady itp. No ale zobaczymy, nie wiadomo co nam odbije. Apartament zamówiony. Nazwa naszego pobytu : Pod Świerkami. Brzmi tak swojsko. :) Apartament Jagodowy zapowiada się całkiem, całkiem… Po powrocie postaram się zdać relacje, ale kto wie, może w czasie wypadu?  hmmmm.  Jutro zaczynam pakowanie i ogarnianie chałupy, niestety po pracy. Oby szybko zleciała. Staż się powoli kończy i przejdę na trzymiesięczną umowę, chociaż do ponad miecha kotwiczę w pracy na Hotelu, a nie w kuchni. Szczerze mi to pasuje… Żadnego szefowania  :P i ciach bajera. Zastanawiam się jak długo jeszcze tam popracuję. Czyżby po trzech miesiącach znowu zmieniało się moje życie? hmmm zobaczymy na razie nie ma jakiś sygnałów ostrzegawczych do ulotnienia się czy też usunięcia mnie. Myślę, że szefostwo są ze mnie zadowoleni. Ale zobaczymy co i jak, na razie żyję Karpaczem. Miejsca, które mnie interesują to:

- Kościół Wang

- Muzeum Techniki i Budowli z Klocków LEGO

- Aquapark Gołębiewski

- Trójkąt Bermudzki w Karpaczu – anomalia grawitacji

-  Młyn miłości

- Dziki wodospad

- Skocznia narciarska – Orlinek

- Zapora na Łomnicy

I wiele innych atrakcji. Góry zostawiamy na lato, pojedziemy latem z rana i w drogę. Pozdrawiam Was kochani i przepraszam za nieobecności.

„500+” i rodzinne na stażu unijnym

Dom, rodzina, dziecko, praca. Życie nabiera błyskawicznego tempa, którego niestety nie da się zatrzymać. Czasami mamy dość wszystkiego i pragniemy wybyć pociągiem życia w inną stronę. Może cofnę się troszkę w czasie… Patrząc na bloga niestety strasznie go zaniedbałam, ale na szczęście tym razem do niego znów wróciłam, a nie porzuciłam i nie stwarzałam nowego.

15.06.2016 – nastąpił przełom mojego życia, znowu wszystko wywróciło się do góry nogami. Dostałam staż w restauracji jako pomoc kuchenna. Praca jak praca myślałam sobie, jednak nie tak kolorowa jak się wydawała. Stażuję się już troszeczkę, by wydać jakiekolwiek spostrzeżenia. Nauka gotowania menu uważam, że poszła mi błyskawicznie, przecież kocham gotować więc co to dla mnie. Jednak praca niestety nie mieści się w granicach kuchennych ścian. Czasami trzeba sprzątać pokoje po gościach w hotelu.  Troszkę jest to irytujące, ale też nie ma co stać jeżeli w kuchni nie ma natłoku. Ogólnie nie ma dla mnie nic w tym złego. Praca bywa ciężka, wręcz ma się czasami walnąć wszystkim i pójść do domu, powstrzymuje mnie od tego atmosfera w pracy. Przesympatyczny zespół jest filarem utrzymania restauracji i hotelu. Bez tego wszystko by poległo. Szefowa, szef jak to szefowie, wymagają, czasami krytykują dosyć mocno, ogólnie się tym nie przejmuję. Dziecko, ah tak pierwsze dni podrzucania dziecka, a to do jednych dziadków, a to do drugich dziadków, raczej zniosłam komfortowo. Może dlatego, że atmosfera w pracy jest wesoła, i pracy w rękach nie brakuje. Tęsknię bardzo, ale znoszę to cierpliwie, nawet więcej powiedziawszy, ani razu nie zdarzyło mi się dzwonić i wypytywać. Wiem, że z dziadkami jednymi i drugimi jest bezpieczny. Nie martwię się na zapas zbyt mocno i nie panikuję. Więc zostawianie dziecka dziadkom przystało na porządku dziennym. Z małym za to wykorzystujemy każdą chwilę bycia razem. Szkrabik ma już prawie pełne uzębienie, już nie chodzi, a biega. Jest zwinny jak gimnastyk. Jest rozumny, chociaż do mowy ma lenia… Ja też zaczęłam późno mówić, więc się tym nie przejmuję, widzę wydaje dźwięki. Słuch ma raczej w normie, gdyż słyszy szepty itd. Mały też jest szczęśliwszy bo jego dzień jest już inny, ciągle coś się dzieje, więc tutaj nie mam też co narzekać… 

Ciekawostka:

„program 500+”

Czy wiesz, że zaczynając staż „unijny” nie jest on wliczany w dochody? Otóż nie wiele osób o tym wie, gdyż nigdzie, przeważnie nie ma o tym wzmianki. Jeżeli posiadasz przynajmniej 3 – osobową rodzinę, byłaś np. na zasiłku dla bezrobotnych i pobierałaś zasiłek, który przekraczał sobie dochód na pierwsze/jedno dziecko (np. 12 zł na osobę  lub więcej przekraczałaś/eś) , to myślisz sobie, że zaczynając staż będziesz miała większy dochód, to też nie dostaniesz kasy z programu „500+”, otóż nie. Ja po macierzyńskim przeszłam na zasiłek dla bezrobotnych. Korzystałam z programu „500+” tylko dwa miesiące, gdyż później dochód zasiłku zaczął się wliczać w dochody i przekraczałam 11 zł na osobę, czyli 33 zł, w 3-osobowej rodzinie. A mając 1 dziecko mogę dostać pieniądze tylko w przypadku gdy nie przekroczę 800zł na osobę. Myślałam sobie, że dostając staż, stracę zasiłek i będę zarabiać stażowego więcej o połowę niż zasiłek, tym bardziej nie przysługuje mi kasa z rodzinnego i programu „500+” i tu jest zmyłka. W opiece społecznej pracuje mojego ukochanego ciocia i uświadomiła mi jedną, rzecz. Będąc na stażu unijnym i tylko unijnym, nie podlega on opodatkowaniu, dlatego więc nie wlicza się go w dochody rodziny. Jest zarobek stażowy, ale jego po prostu nie liczymy. Dlatego jeżeli, masz 1 dziecko lub więcej i nie dostajesz pieniędzy na pierwsze dziecko, a jesteś na stażu unijnym, jeszcze raz sprawdź czy należy ci się „500+” i rodzinne. 6 stówek piechotą nie chodzi. Przypominam, że gdy jesteś na stażu unijnym, nie liczysz w dochodach, dochód ze stażu. Staż państwowy jest opodatkowany więc będąc na stażu państwowym, stażowe wlicza się w dochody, a unijne nie. Nie daj sobie wmówić, że staż unijny wlicza się w dochody. Ja jestem na stażu unijnym i pobieram „500+” i rodzinne.

Tyle z mojej strony na dzisiaj :) Pozdrawiam

Świat Maxa, tak Maxa w świecie Adasia….

Wiem, że pisanie postów u mnie znów idzie fatalnie wolno. Brak weny tak bardzo mnie prześladuje, że hej. Wiele rzeczy się wali raz po raz. Adaś biega jak szalony, coraz bardziej pokazuje swoje humorki :). W nowym lapie pękła matryca, bo Mati położył lapa na wersalce po czym pomógł mi przestawić stół i usiadł zapomniawszy się i krach. Pech chciał, że między ekranem, a klawą była myszka i lapek był trochę przymknięty. No cóż. Sprawdziłam mam ubezpieczenie od przypadkowych uszkodzeń, dziś był kurier 23 zł wziął zabrał i zobaczymy co z tego bd. Jeżeli wymienią pokrywam 20% szkody i znów kuriera, jeżeli nie naprawią, wtedy płacę 60 zł za serwis plus kuriera. Zdzierstwo po całości, ssacze i pijawki. Więcej, żadnego ubezpieczenia nie będę brała, w szczelności jak matrycy nie wymienią, bo uważam, że to i tak PIC NA WODĘ! i tak Łoją z ciebie kasę nawet jak ubezpieczysz dodatkowo na 1000 zł. Dojarki! No cóż nie denerwujmy się i lećmy dalej z tematem. Pracy jak nie było tak dalej nie ma, coraz bardziej zjada mnie stres, no ale cóż będzie co ma być, bo jakoś być musi!

W weekend zauważyłam będąc w Jugowie, że synek lubi jak czytam mu np. bajkę. Wzięłam z dawnej półki Mateusza „HERKULESA”, bajkę sprzed lat i zaczęłam czytać. Leżał obok mnie, bacznie się przysłuchując. Zmieniał pozycje, trochę się gimnastykował, ale wciąż słuchał. Ja wiem, że roczne dziecko raczej nie rozumie niczego z tego co czytam, ale słucha i ogląda ilustracje przewracanych stron. Otóż przeczytałam 50 stronicową książeczkę, a następnie mały zasnął i razem drzemaliśmy do obiadu. Wczoraj poszłam do nas na pocztę zapłacić internet. Na naszej małej poczcie niedaleko domu, mają różne książeczki, kolorowanki i inne książeczkowe atrakcje dla dzieci. Od razu oczom ukazały się książeczki z serii Świat Maxa. Śliczne w przyjemnej miękkiej oprawie książeczki, za ok 5 zł za sztukę. Dwadzieścia – parę karteczek, piękne ilustracje i genialna czcionka. Wiem, że te książeczki będą świetnie się sprawdzały przy nauce czytania. Na poczcie dorwałam tylko 3 z tej serii, ale wiem, że muszę je mieć wszystkie :) Już w internecie wyszukałam. 50 zł i będzie cała seria, jednak wszystko w swoim czasie. Wieczorem po kąpieli i butelce, leżymy i czytam. Mały patrzy pijąc mleczko. Kiedy wypija mleczko, a ja kończę czytać, Adaś zasypia, bez protestu. Mam nadzieję, że wieczory będą dla nas tak przyjemne jak wczoraj i dzisiaj. :) Jutro śmigam też do dziecięcej biblioteki, zakładam kartę i będziemy z Adaśkiem wypożyczać co się da :) A ja chętnie wrócę do dzieciństwa.

Jeśli chodzi o książeczki „Świat Maxa”. Piszę by bardzo chętnie wam je polecić, jeśli szukacie coś dla swoich maluchów z myślą by w przyszłości dzieci zachęciły się do czytania.

 

Wspomnienie

Jest noc, wszystkie koleżanki na sali smacznie śpią. Ja jako najdłużej przebywająca na oddziale patologii ciąży nie mogłam już spać. Wiem, że się zaczyna. Zaczyna się to na co czekałam, a jednocześnie się bałam. Skurcze macicy były coraz intensywniejsze, mimo to całkiem znośne. Były to bóle podobne do menstruacyjnych tyle, że może dwa razy mocniejsze. By ulżyć sobie dyskomfort bólu zaczęłam chodzić. Siedząc na sali słuchając chrapania niektórych koleżanek, strasznie mnie męczyła. W środku nocy przy niewielkiej ilości światła zaczęłam chodzić, kręcić się odwiedzając parę razy toaletę. Położna „RUDA”, która dwa razy mnie przyłapała na nocnym spacerniaku, wyganiała mnie do łóżka. Jednak ja byłam na tyle uparta, że powiedziałam, że mam bóle. Jeszcze w miarę znośne, ale nie na tyle znośne by zasnąć czy leżeć. Po prostu ból trzeba rozchodzić. Nie wiem skąd ta baba się urwała, ale nie życzę żadnej rodzącej by trafiła na jej dyżur w czasie porodu. Druga położna, widząc moje w miarę męczenie, zadzwoniła na porodówkę po lekarza który mnie miał zbadać. Rany tak przystojnego lekarza w życiu nie widziałam, tym bardziej się czułam nieswojo xD hehe dziś się tylko śmieje z tego lecz wtedy nie bardzo było mi do śmiechu. Niestety lekarz nakazał jeszcze pochodzić, poleżeć spróbować zasnąć i przeczekać do kolejnego badania. Chodziłam po korytarzu tak jak wcześniej. Położna „Ruda” znów wyskoczyła w pewnym momencie ze swojego gabineciku i mnie opieprzyła, że chodzę i pewnie przeszkadzam innym w śnie. Już lekko zdenerwowana odburknęłam, że nie życzę sobie takich uwag i zwrotów wobec mojej osoby. Jestem pacjentką w ciąży, której właśnie prawdopodobnie się niedawno zaczęły bóle porodowe i, że nie życzę sobie bagatelizowania mojego stanu. Popatrzyła na mnie trochę spod byka, poprosiła mnie do gabinetu zabiegowego i poprosiła lekarza z porodówki. Odstęp od ostatniego badania to ok 3-4h. Lekarz potwierdził, że faza porodu się zaczęła i żebym się wykąpała, przygotowała, lewatywka i na porodówkę. Tak też uczyniłam. Na porodówce pojawiłam się jakoś po 4 rano, Mat zjawił się jakoś o 5 rano no i po wszystkim już było 31. MARCA 2015 o godzinie 11:49 zobaczyliśmy oboje po raz pierwszy naszego synka Adaśka Tomaszka. Uczucie nie do opisania. Jedyne z najwspanialszych uczuć na ziemi. :) NO i właśnie minęła północ, nie wiem gdzie jak i kiedy minął rok od tamtego czasu. Szkoda, że czasu nie da się zatrzymać tylko gnie swoim tokiem, a nam się wydaje, że czas gdzieś się cholernie spieszy :) 100 LAT SYNKU NAJUKOCHAŃSZY :*

Planujemy roczek, pierwsze urodziny, pierwsza impreza urodzinowa

Pierwsze urodziny naszego maluszka już tuż, tuż więc czas zacząć przygotowania. Zaproszenia już są, lista gości również i menu, a i najważniejsze TORT. Pozostało zaproszenia dostarczyć, menu ugotować, ale to już przed samymi urodzinami. Nasza lista gości troszkę się zmniejszyła i będzie kameralnie. Nasi rodzice, czyli dziadkowie małego, rodzice chrzestni, mój brat i my. Razem 10 osób. Tort jest wstępnie zamówiony i ma być o tematyce „TULLI” bajka, która podbiła serduszko naszego maluszka. Mam nadzieje, że spełni nasze oczekiwania. Tort zamawiamy nieco na więcej osób na jakieś 16. Po imprezie planowane kawałki rozwieziemy do pradziadków :). Zaprosilibyśmy i pradziadków, ale niestety byłaby to niesamowita walka. Robimy urodziny zatem w domu. Więc 10 osób to i tak w miarę odpowiednia ilość osób na moje 4 kąty i jeszcze 11 szkrab nasz mały solenizant, który od 5 lutego śmiga sam na dwóch nóżkach. Możecie więc sobie wyobrazić,  że szkrab teraz jest dosłownie wszędzie. Szaleje od komody do komody, od ściany do ściany istny szał na nóżkach. Mam nadzieje, że urodziny się udadzą :):

Planowane menu:

- Zimna płyta:swojska kiełbasa,swojska szynka, swojski karczek, swojski boczek i żółty ser.

- Jajka w sosie chrzanowym lub cytrynowym, a może z plasterkiem łososia, wciąż się decyduję.

- Śledziki z cebulą robione starą recepturą rodzinną.

- Krokiety z mięsem i szpinakiem.

- Gołąbki oszukane, Ala gołąbki czy jak to tam jeszcze można nazwać.

- Biała kiełbasa gotowana i podana na gorąco + buraczki ćwikła.

- Ciasta, jeszcze nie wiem jakie ale ze 3 rodzaje.

- Koreczki: kabanos+ser+papryka

- Alkohol kameralnie: wódka i wino urodziny są malucha a nie nasze :)

- Sałatka warzywna.

- Chleb

- Napoje

Myślę, że takie menu w całkowicie wystarczy. I goście będą zadowoleni i wyjdą w pełni najedzeni. A o to nam właśnie chodzi. Zeszła Wielkanoc nie była dla mnie dobrym okresem. Połóg, popękane oczy, dopiero co wyszłam dwa dni wcześniej ze szpitala, marzyłam o ciszy i spokoju, którego i tak nie było bo i tak były święta u nas i tak xD :) cóż tym razem będzie rodzinnie, wesoło i świątecznie gdyż trafiła nam się Wielkanoc :)

Zupa cebulowa – marzeniem moich ust.

W rodzinnym domu nigdy nie miałam okazji jeść zupy cebulowej. Siedząc przed telewizorem, widząc w programie jakimś zachwycenie się tą zupą nie mogłam odpuścić. Przeleciałam wszystkie kulinarne książki i książeczki, gazetki i znalazłam kilka. Dwa przykuły moją uwagę. Żeby tego było mało to nie mogłam się zdecydować i pomieszałam oba ze sobą. Smaczna zupa o specyficznym smaku i zapachu. Nie wiem jak opisać jej smak, ale jestem wręcz z moim M. zachwycona tym specjałem. Chociaż zupa będzie gościła u nas rzadziej niż np. rosół czy zwykła jarzynowa, ale będzie widniała na naszej liście dań obiadowych.  Żeby jednak już nie przedłużać chwili oto przepis:

Składniki:

- 4 cebule dorodne

- 2 ząbki czosnku

- 2 łyżki masła

- 1/2 szklanki białego wytrawnego wina ( ja użyłam półsłodkiego)

- kawałek kostki sera żółtego

- 1 łyżka mąki

- 1 kostka bulionu lub wywar z włoszczyzny

- 1/2 łyżeczki tymianku

- 1 łyżka soku z cytryny

- sól, pieprz, odrobina cukru

- grzanki chlebowe lub z bułki

Przygotowywanie:

Na patelni rozgrzewamy masło i smażymy pokrojoną cebulę (ja kroje na ćwierć – kręgi) oraz czosnek. Cebula musi być dobrze uduszona, aż do momentu kiedy się wyzłoci i zmniejszy swoją objętość. Wlać wino do cebuli i dalej dusić, aż do wyparowania wina. Oprószamy mąką i dobrze mieszamy. W garnku przygotować litr wywaru. Wrzucamy już przygotowaną cebulę i zamieszamy całość. Gotujemy kilka minut. Dodając sól, pieprz, tymianek, cukier, sok z cytryny.

Z grzankami jest tak jak kto woli i lubi, a ja robię tak: Mieszam trochę masła z zmielonym czosnkiem (masełko czosnkowe). Smaruje chlebek i wrzucam na ruszt do piekarnika na termoobieg 180 stopni. Gotową grzankę kładę na zupę nalaną w miseczce i posypuje startym żółtym serem. Taką zupkę wkładam szybko do piekarnika i zapiekam na termoobiegu 180 stopni do czasu kiedy ser na wierzchu się zarumieni.

SMACZNEGO.

 

Przepis dotyczy 1 litra wywaru, ja zwykle zawsze robię więcej :) więc proporcje produktów są większe.

 

 

Psy, koty i inne futrzaki domowe w domu niemowlęcia.

Temat prosty, każdym znany. Psy i koty to najczęściej obeznane zwierzaki domowe i najbardziej przyswajanie. Dają dużo ciepła ogniskowi domowemu. Posiadanie zwierzaka w domu dla mnie to podstawa. Zwierzęta też mają prawo czuć się kochane. Jednak znam starsze pokolenia, które mówią zwierzętom domowym „NIE”, w szczególności gdy w domu są dzieci, a w szczególności niemowlaczki. I tutaj właśnie można dowiedzieć się strasznie imponujących rzeczy. Poznać kilkanaście różnych bakterii, anatomię oraz sposób życia danego zwierzęcia. Szczerze? Cholera jasna mnie bierze jak jestem świadkiem tego typu zdarzeń. Nie wiem czy tak naprawdę być powinno, ale ja uważam, że dziecko, nawet niemowlę powinno mieć kontakt z futrzakami już od pierwszych dni życia jeżeli to możliwe. I tutaj mówię o psie i kocie. Inny futrzak raczej nie da się bardziej przysposobić. Chomika też raczej nie kupimy dziecku 10 miesięcznemu, ponieważ obawiałabym się, iż z chomika zostałyby tylko flaki. Denerwują mnie starsze i pra – starsze pokolenia. Dlaczego? Otóż gdy odwiedzamy babcię M., a prababcia Adasia, babcia już od progu wyrzuca koty z domu (3 koty: kolorka, rudek i czarny nie wiem jak się zwie jest nowy w rodzinie). Mogę sobie śpiewać, że chce by moje dziecko miało kontakt z kotami i chcę by Adaś na bieżąco był z różnymi bakteriami, oczywiście pod nadzorem dorosłego. Babci H. koty są zadbane mimo tego, że to kocie podwórkowce.  Strasznie mnie tym babcia denerwuje, ponieważ taki kot to się nie da łatwo złapać to raz, a dwa Adaś uwielbia za nimi wodzić wzrokiem. No ale cóż, na nic moje starania i przekonywania babci. Wiecie ile się nasłuchałam o bakterii np. kociego pazura. Szkoda gadać. Dziecko do 2-3 lat nie zostaje przecież bez opieki. Nie wiem czy to do końca też jest prawda, ale może to zmniejszyć, lub nie dopuścić do alergii. Z wielu informacji jednak wiem i przekazuje, że alergia na kota wcale nie wyklucza innych futrzaków. Koty są specyficzne i bardziej na nie ludzie mają alergie niż na psy. Dziecko, człowiek który ma alergie na kota, niekoniecznie musi mieć alergie na inne futrzaki. Jeśli chodzi o alergie to nie uczula nas sama sierść, tylko skóra i ślina zwierzęcia. Więc w przypadku alergii na kota kupienie kota (brzydala) bezwłosego nic nie pomoże. Wróćmy jednak do tematu. Posiadanie zwierzęcia w czasie wychowania naszego malucha ma na niego olbrzymi wpływ takie jak: dziecko uczy się delikatności i szanowania zwierząt, uczy z ich czerpać radość i poznawanie życia zwierzęcego, uczy odróżniania zwierzęcia od innego zwierzęcia. Odpowiedzialności i wrażliwości. Można by tak wymieniać i wymieniać. Ja osobiście uważam, że dziecko na co dzień styka się z milionami zarazków. Raczkujące dziecko to już w ogóle. Kurz, piach i wszystko inne na podłodze i półkach. Nie jesteśmy w stanie doszorować wszystko na glanc. W samym powietrzu jest miliony bakterii, ale czy też bakterie nie pomagają nam walczyć z chorobami? Otóż to! I trzeba to brać pod uwagę. Izolowanie już posiadanego w domu zwierzaka, ma również zły wpływ na niego. Psy i koty również potrafią pokazać swoją zazdrość i strzelać fochy. Pamiętam, że będąc w ciąży pierwsze z badań, które miałam wykonywane to badanie na Toksoplazmozę, pasożyty te przenoszone są przez koty.  Jeśli już przeszłaś tego pasożyta, to możesz być spokojna o swoje dziecko w brzuszku. Jeśli nie przeszłaś tego pasożyta, w ciąży unikaj kotów gdyż pasożyt jest niebezpieczny dla płodu. To dotyczy kobiet w ciąży. Ogólnie nie pamiętam by zarażenie toksoplazmozą kiedyś dało o sobie znać. Pasożyt ten dotyczy kociaków które na ogół zjadają surowe mięso. Z mięsa bierze się ten pasożyt, więc posiadanie kota w domu, który nie zjada surowego mięsa nie stanowi zagrożenia. Zawsze można sprawdzić też czy kot nie stanowi też zagrożenia, przez oddanie próbki kału do laboratorium. 

Nie dajmy się zatem zwieść i nie izolujmy dzieciaków od zwierząt. Nie dajmy sobie wmówić współczesnej medycynie bzdur, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Nie chuchajmy na zimno, gdyż wcale wg. mnie to nie jest potrzebne :) Izolujmy dzieciaczków tylko od zwierząt nam nieznanych i nieszczepionych. Kochajmy zwierzęta i cieszmy się nimi razem z dziećmi.

Trochę pieskiej śliny:

Trochę świńskiego ryjka:

I trochę wspólnego posiłku: